piątek, 22 lipca 2011

jak zbudować kościół (6/6)

Przywództwo
Przywództwo w prostym kościele jest bardzo znaczące, ale także bardzo różni się od modelu przywództwa, jaki znamy z tradycyjnie prowadzonych kościołów. Przeczytajcie uważnie Mat. 20,20-28. Przeczytajcie też Jan 13,3-17 i Efezjan 4,11-13 i poszukajcie odpowiedzi na następujące pytania:

  • Jaki model przywództwa stosowany jest zwykle np. w rządach, wojsku itp.
  • Czy różni się on od typowego, tradycyjnego modelu przywództwa w kościele?
  • Co Jezus miał do powiedzenia na temat przywództwa? W jaki sposób pokazywał przywództwo?
  • Co to znaczy być sługą lub niewolnikiem? Jak to może wyglądać dzisiaj w kościele? Zastanówcie się nad praktycznym zastosowaniem.
  • W kontekście tekstów z Listu do Efezjan, jaka jest rola przywództwa w kościele? W jaki sposób można to przenieść do naszego kościoła?


Zmiana pojęć
W miarę, jak chrześcijanie poszukują prostego, organicznego, komórkowego, domowego kościoła, ich sposób myślenia i praktyka kościelna całkowicie się odmieniają. Być może doświadczyliście już zmiany niektórych pojęć. Poniżej wyliczamy główne – spróbujcie zastanowić się, czy jeszcze jakieś pojęcia zmieniają się w waszej świadomości.

  • Kościół rzeczywiście jest tam, gdzie „dwóch lub trzech zbierze się w imię moje”. Kościół to ani budynek, ani nabożeństwo; kościół to relacje z Bogiem i Jego ludźmi. Kościół ma miejsce, gdy się spotykamy w codziennych sytuacjach. Tworzymy kościół za każdym razem, gdy spotykamy się w Jego imieniu, nie z powodu miejsca lub czasu czy ludzi, którzy prowadzą spotkanie. Każdy człowiek może utworzyć kościół, jeśli po prostu spotka się z kilkoma przyjaciółmi w Jego imieniu.
  • Jezus jest przywódcą kościoła. To nie jest teoria, ale coś, co w praktyczny sposób poświadczamy w codziennym życiu.
  • Proste organizmy łatwo się rozmnażają; skomplikowane – zdecydowanie trudniej. Wiele kościołów marzy o wzroście liczebnym, albo o podnoszeniu poprzeczki dla przywództwa, nauczania czy nabożeństwa. Prosty kościół to obniżanie poprzeczki tak, by każdy człowiek mógł być jednakowo zaangażowany.
  • Kościoły są stworzone do rozmnażania. Każde Boże stworzenie reprodukuje. Bóg nie stworzył nas bezpłodnymi. Kościoły nie mają być sterylne. W Nowym Testamencie jest ponad pięćdziesiąt „przykazań” zawierających sformułowanie „jedni drugim” – można je wypełnić wyłącznie na poziomie małych grup. Musimy pomnażać to, co małe, a nie czekać, aż urośnie. Kiedy osiągamy rozmiar potrzebny do wypełnienia tych nowotestamentowych zaleceń, to właśnie jest czas na pomnażanie.
  • Zasoby są w zbiorach. Zasada „syna pokoju” mówi żniwiarzom, że wspólnotę należy tworzyć w danej grupie kulturowej, opartą na zasobach tej grupy. Oznacza to, że kiedy ktoś nawraca się i staje naśladowcą Jezusa, nie włączamy go automatycznie do naszego kościoła, ale raczej zachęcamy i pomagamy utworzyć kościół w jego domu, dla ludzi, którzy znajdują się w jego kręgach. Skoro zasoby są w zbiorach, może to oznaczać, że nadchodząca generacja przywódców może jeszcze nie znać Jezusa! Pięknie jest obserwować ludzi, którzy dopiero stają się chrześcijanami, a już zapraszają przyjaciół i w rezultacie przywodzą grupie (kościołowi) pod okiem bardziej dojrzałych wierzących.
  • Niereligijne chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo to nie jest zbiór zasad czy lista prawd, za których nieprzestrzeganie jesteśmy karani. Kiedy nawracamy się, Bóg daje nam nowe serce, na którym Jego prawa są wypisane. Jeśli żyjemy według serca, spontanicznie, odkryjemy, że nasze życie zadowala Boga. On nie siedzi na tronie w niebie z wielkim kijem czekając, aż nas na czymś przyłapie. Życie według serca jest naprawdę atrakcyjne dla niewierzących.
  • Powszechne kapłaństwo. Jesteśmy królewskim kapłaństwem (1 Piotra 2,9). Wszystkie członki Ciała Chrystusowego są tak samo ważne. Każdy z nas ma bezpośrednie połączenie z Głową – Jezusem. Nie musimy mieć pośrednika, by stanąć przed Bożym tronem. Nadszedł koniec dla podziału na duchowieństwo i laikat. To nie tylko jest uzasadnione teologicznie, ale również wymagane praktycznie dla życia zdrowej wspólnoty. Kiedy spotykamy się razem, każdy z nas jest przeznaczony do czynnego udziału.
  • Przywództwo to służenie. Jezus to właśnie miał na myśli, gdy mówił, że przywództwo w Jego Królestwie jest inne niż na ziemi. Dał nam też praktyczny przykład, na czym to polega, gdy umywał uczniom nogi. Jezus dosłownie, literalnie uniżył się i oddał swoje życie za innych. Powinniśmy odzwierciedlać ten model przywództwa.


Czas zacząć
To już ostatnia część kursu, jak zbudować prosty, organiczny kościół. Mamy nadzieję, że skorzystaliście wiele. Istnieje oczywiście o wiele więcej tematów, które możnaby poruszać, jak np. finanse czy co z dziećmi w kościele... Mamy jednak nadzieję, że nie tylko nauczyliście się podstaw, ale dostaliście też narzędzia, które pomogą wam znaleźć odpowiedzi na te pytania sami, za pomocą Pisma, tak jak was uczyliśmy.

Poświęćcie czas na modlitwę oddania, by wyjść i dotrzeć do „narodów” z dobrą nowiną o Królestwie Bożym. Módlcie się za każdą osobę w grupie oddzielnie: zbierzcie się wokół niej, połóżcie na nią ręce. Szukajcie odpowiedzi, dokąd i w jaki sposób Bóg chce każdego z was prowadzić. Słuchajcie Boga. Mówcie o wyobrażeniach, które przychodzą wam do głowy, dodających odwagi fragmentach Pisma, które czujecie, że Bóg wam podsuwa. Oczekujcie tego, że Bóg przemówi do was i zachęcajcie się wzajemnie.

(zaczerpnięte z simple church

...a co z przywództwem?

Jeśli chcemy przemienić model kościoła jaki znamy w dynamiczny, duchowy ruch, musimy także zmienić model przywództwa, do jakiego przywykliśmy.

Alan Creech twierdzi, że WSZYSTKO musi się zmienić:
Myślę o etatowych pastorach, którzy usługują każdego tygodnia i wykonują większość pracy, stresując się głupio każdym drobiazgiem w życiu kościoła... bla, bla, bla... Myślę, że to nas zabije, jeśli się nie zmieni. To już się zaczyna dziać, ale musimy poważnie ponownie przemyśleć, co to znaczy być pastorem, liderem, starszym, kimkolwiek w nowych kościołach. Myślę, że nie stać nas na to, by utrzymywać przy życiu stare pastorskie paradygmaty. Nie możemy w tym trwać i jednocześnie oczekiwać, że stanie się to, co dzieje się w rosnących społecznościach.
Na szczęście, nie musimy na nowo odkrywać modelu przywództwa. Wczesnochrześcijański kościół, dynamiczny ruch, był wspierany przez dynamicznych przywódców, działających według jasnego nowotestamentowego modelu. Na nieszczęście, jak zwykle, musimy się oduczyć wszystkiego, co wiemy na temat przywództwa, aby zrozumieć, czym być powinno.
Problemem numer jeden, moim zdaniem, jest to: nowotestamentowe przywództwo nie ma nic wspólnego z kontrolowaniem. Dopiero gdy odrzucimy nawyk kontrolowania, możemy zacząć rozumieć, czym jest przywództwo.
Model, do którego przywykliśmy w dzisiejszych strukturach kościelnych, roztacza opiekę nad finansami, budynkami, procesem podejmowania decyzji (często centralnie), a to wszystko jest powiązane ze stanowiskami i organizacją. Zupełnie jak w zarządzie firmy. Praktycznie żadna z tych rzeczy nie ma nic wspólnego z nowotestamentowym kościołem. W dodatku ten model stawia zwykle wąską grupę ludzi (liderów) ponad pozostałymi (członkami, laikatem).

Gordon Fee mówi o historycznym tworzeniu się przywództwa w kościele:
Wydaje się, że kościół wpadł w model, który wyraźnie oddzielił wiernych (laikat) od zawodowych służb (duchowieństwa), co najwyraźniej widać w Kościele Rzymskokatolickim, ale znalazło swoje odwzorowanie także w wielu odmianach protestantyzmu. W efekcie mamy kościół, w którym duchowieństwo zbyt często funkcjonuje w oderwaniu od wiernych, dla których istnieje oddzielny zestaw zasad i inne oczekiwania, a rola wspólnoty z jej obdarowaniami i służbami, nie wspominając o wspólnym podejmowaniu decyzji, została przejęta przez profesjonalistów. Fakt „wyświęcenia” tych ostatnich, jakby to była jakaś „aura” wokół nich, dał wiernym wskazówkę, że powinni płacić profesjonalistom za wykonywane posługi, jednocześnie dając wrażenie usprawiedliwienia za zaniechanie tego, do czego wzywa wiernych Biblia.
Nowotestamentowe przywództwo, z drugiej strony, to oczywista rola sługi (czy to nie o tym mówił Jezus?), który daje wsparcie dla ruchu chrześcijan, które wierni mogą wykorzystać, pomnażać i szaleńczo używać (pod wpływem Ducha) poza kontrolą liderów. Nowotestamentowi liderzy nie zajmowali stanowisk w zarządach; nie kontrolowali nieruchomości; nie zbierali pieniędzy; nie stawali w świetle reflektorów (poza sytuacjami, kiedy radowali się z tortur, jakim byli poddawani). Ich zadaniem było ułatwianie, zasadzanie, pielęgnowanie, uwalnianie, budowanie, służenie... a nie dominowanie, kontrolowanie, roztaczanie własnych wizji czy odpowiadanie na wszystkie pytania. Nie stali ponad, ale raczej w uniżeniu. Duch Święty przecież prowadzi całe Ciało Chrystusa.
Mentalność lidera to wspólna podróż. Sercem lidera jest służenie. Rolą lidera jest wspieranie. To nie są tylko słowa. Tak musi być naprawdę.

Podoba mi się sposób, w jaki Eugene Peterson, w The Message, opowiada o Jezusie, który mówił do przywódców religijnych, którzy chcieli zajmować najważniejsze miejsca przy stole, „wygrzewać stołki i promienieć w blasku publicznych pochlebstw”:
Wszyscy macie jednego Nauczyciela, a sami jesteście uczniami. Nie ustanawiajcie ludzi ekspertami dla waszego życia, którzy mają mówić wam, co macie robić. Zostawcie ten autorytet Bogu; niech On mówi wam, jak postępować. Nikt nie powinien mienić się Ojcem; macie tylko jednego Ojca, a On mieszka w niebie. Nie pozwalajcie ludziom manewrować wami oddając im władzę. Jest tylko jeden Przywódca dla was i dla nich – Chrystus.
Chcesz się wyróżniać? Uniż się. Bądź sługą. Jeśli się nadymasz, zwieje cię wiatr.
Jednym ze sposobów dla prostego kościoła, by upewnić się, że coś jest zupełnie poza kontrolą, jest oddanie stuprocentowej kontroli spraw każdemu kościołowi domowemu. Kościół jest kierowany Duchem Świętym przez każdego z członków. „Pasterze” ułatwiają, wspierają, wyposażają, dają duchowe wskazówki – wszystko to ma na celu wyzwolenie i wzmocnienie wspólnoty, by była kościołem. Właśnie tak. To jest duchowa, wspierająca rola. Jeśli z takim nastawieniem ktoś poświęca uwagę innym, demonstruje Boże serce.
Jednak, w takiej sytuacji, jakie znaczenie ma służące przywództwo jako wsparcie konstrukcji ruchu ludzi, który tworzą kościół? Wielkie!
Jest to bardzo ważne dla ogólnego zdrowia i samopoczucia kościoła; jest to cenny szkielet dla ruchu, by mógł się rozwijać, kwitnąć i wzrastać!

Craig Pelkey-Landis mówi:
Istotą przywództwa nie może być ego jednej osoby pławiącej się w blasku kilku lub tysięcy ludzi w pobożnym zgromadzeniu. Taki model wyrzuć do śmieci! Jednak uciekanie od przywództwa może być równie toksyczne.

Przywództwo w kościele należy ponownie zdefiniować i zmodelować, ale nie odrzucić. Potrzebujemy służących nam liderów, którzy są pasterzami, siewcami, ogrodnikami, oraczami, wyzwolicielami, dawcami i wyposażaczami :)
W Piśmie Świętym mamy dwie główne role służących przywódców: 1) starszy / pasterz: karmi, uczy, zachęca do ewangelizacji i pomnażania, wskazuje duchowy kierunek, doradza w głębokiej potrzebie. Jako przykład weźmy Tymoteusza i Tytusa, którzy byli pasterzami pasterzy. Z ksiąg wyłaniają się obrazy kościołów, prowadzonych przez prawdziwych pasterzy. 2) zakładający zbory + pięć specyficznych ról (Ef. 4,11): aby pomógł znaleźć wsparcie i pielęgnować kościół. Oni nie tworzą (nie zakładają) kościołów, oni je wspierają.
Tak, kierowane Duchem zespoły wsparcia są potrzebne, by wyposażać, upoważniać, zachęcać, budować i nawoływać kościół do pełnienia jego roli – gromadzenia się i działania. Wspierająca struktura jest jak układ kostny, jak kręgosłup. Zapewnia siłę, by wszystko w Ciele Chrystusa mogło znaleźć swoje miejsce i funkcjonować. Przywództwo jest czymś, co Bóg ukrył w Ciele dla jego ogólnej kondycji, ale służy potężnemu celowi.

Ważne i biblijne jest (choć nie konieczne) wspieranie finansowe tych obydwu funkcji służącego przywództwa. To są jednak indywidualne decyzje, które należy pozostawiać domowym kościołom. To one są prawdziwym kościołem. Nie potrzebują nikogo więcej, by były kościołem. Wspierają służące przywództwo tylko dlatego i tylko wtedy, gdy czują powołanie – tak samo, jak wspierają misjonarzy lub służby.
Należy pamiętać, że wpieranie liderów, którzy tworzą kręgosłup kościoła, nie może zabierać owoców, wpływać na sposób działania członków, tworzyć podziałów lub zawłaszczać cokolwiek. Pragniemy widzieć ludzi podążających za wizją, powołaniem i przeznaczeniem danym im przez Boga. Wspieranie przywódców nie może prowadzić do tworzenia biznesu.

Przywództwo? To trudny temat. Jest bardzo potrzebne, ale pojmowane w odpowiedni sposób. Zwykle ludzie wolą o tym nie myśleć i nie rozmawiać. A ty?

Roger Thoman
(zaczerpnięte z simple church journal)

czwartek, 21 lipca 2011

jak zbudować kościół (5/6)

Kilka lat temu liderzy odpowiedzialni za misję w Southern Baptism Convention (Południowej Konwencji Baptystów w USA) uświadomili sobie coś zupełnie nowego... Z różnych stron świata otrzymywali raporty o szybkim, spontanicznym pomnażaniu lokalnych kościołów prowadzonych przez nieprzygotowanych do tego ludzi, mówiące o dziesiątkach tysięcy nowych wierzących i tysiącach nowych kościołów. Nazwali to zjawisko church planting movement – ruchem zakładania kościołów.
Mieliśmy przywilej spędzić trochę czasu z kilkoma osobami zaangażowanymi w przywództwo w tym ruchu i obserwować, co się dzieje, bezpośrednio. Gdy pytaliśmy, gdzie znaleźć podstawy dla tego, co się dzieje, wszyscy odpowiadali: w 10 rozdziale Ewangelii Łukasza.

Na całym świecie Bóg używa 10 rozdziału Łukasza do wpajania zasad, które sam Jezus przekazał uczniom, gdy chciał, by pozyskali społeczności, w których się obracali. Z tych tekstów Ewangelii uczymy się jak ważne w czynieniu uczniami i tworzeniu kościoła jest osadzenie w grupie kulturowej, którą chcemy pozyskać, zamiast zapraszać ludzi z tej grupy, by przyłączyli się do kościoła, który tworzymy; jak sprawić, by kościół nabrał znaczenia dla ich kultury? Przywiązujemy wagę do tworzenia relacji... i obserwujemy ponadnaturalne działanie Boga.
Jedną z ważniejszych lekcji płynących z Łukasza 10 jest: zasoby są w zbiorach! Zakładamy kościoły pośród tych, których zdobywamy – w ich kulturze i z przywódcami spośród nich! Jeśli więc ktoś staje się naśladowcą Jezusa i wykazuje wyraźne zainteresowanie sprawami duchowymi, nie zapraszamy go do naszego kościoła, który już istnieje. W zamian, próbujemy założyć nowy kościół w jego domu, w jego kręgach i kulturze. Liderzy, tak samo jak pozostałe potrzebne w kościele służby, pochodzą ze żniwa!

Przestudiujcie Łuk. 10,1-9 (z użyciem znaku zapytania, żarówki i strzałki, jak uczyliśmy na początku). Nie zatrzymujcie się długo przy wierszach 1 i 2. Poświęćcie jakieś pół godziny na dyskusję nad całym fragmentem. Spróbujcie poszukać odpowiedzi na pytania:

  • Jakie znaczenie ma dla nas wychodzenie do ludzi zamiast zapraszać ich do kościoła?
  • Czego uczy nas Jezus wysyłając owce pomiędzy wilki (Łuk. 11,21.22; 10,17-20)?
  • Dlaczego Jezus powiedział uczniom, by nic ze sobą nie brali? Jakie to ma znaczenie dla nas?
  • Dlaczego nie mamy rozmawiać z nikim po drodze?
  • Kto jest żniwiarzem?
  • Jak rozpoznać syna pokoju?
  • Jakie nowotestamentowe przykłady synów pokoju przychodzą wam do głowy?
  • W czyim domu, najprawdopodobniej, zaistnieje nowa wspólnota?
  • Dlaczego nie powinniśmy chodzić od domu do domu?
  • Jakie ma znaczenie jedzenie i picie?
  • Co nas uprawnia do mówienia o Królestwie Bożym?
  • Na czym polega wyższość zakładania nowych kościołów w kręgach kulturowych, nad wzrostem naszego własnego kościoła?


(zaczerpnięte z simple church

czynienie uczniami? dla każdego

Podział na duchowieństwo i laikat odbiera chrześcijanom osobisty udział w czynieniu uczniami.
(Dennis McCallum)

Największą radością chrześcijańskiego życia jest bycie narzędziem Boga, dającym innym pełnię życia i duchową przemianę. Pozbawiliśmy się tej radości przez niezrozumienie faktu, że prawdziwe uczniostwo mówi o codziennym życiu i relacjach – a to dotyczy każdego chrześcijanina. Tworzenie programów w ramach kościoła, przez które ludzie mają być specjalnie przygotowywani do uczniostwa, powstrzymujemy chrześcijan przed osiąganiem ich prawdziwego przeznaczenia i obdzieramy z poczucia celu. Przedstawiając czynienie uczniami jako coś, co „robimy” dla innych, w przeciwieństwie do prawdy, że Bóg to robi (a my możemy ludzi zaprosić, by od Niego brali), nastawiamy się na tworzenie widowisk, zamiast w naturalny sposób zarażać i wpływać na innych przez bezpośrednią relację z Bogiem.
Czynienie uczniami wypływa naturalnie z relacji, jakie tworzymy kochając ludzi.

Kilka myśli do rozważenia
Czynienie uczniami ma miejsce w każdej relacji, jaką mamy z ludźmi. Jeśli idziemy przez życie w intymnej relacji z Jezusem Chrystusem, dążąc do osiągania Jego celów, każda znajomość z ludźmi oddziałuje na nich. Dzieje się tak czy tego chcemy, czy nie. Dzieje się tak bez względu na to, czy są chrześcijanami, czy nie. Dzieje się tak nawet, jeśli nie wykazują żadnego zainteresowania Jezusem. Dzieje się tak z powodu tego, kim my jesteśmy. Dlatego właśnie czynienie uczniami ma miejsce w różnych relacjach z ludźmi:

  • z młodym człowiekiem, sąsiadem, który pracuje w osiedlowym sklepie spożywczym, z którym zamieniłem kilka przyjacielskich słów;
  • z przyjacielem, z którym rozmawiam o modlitwie; jest zainteresowany pogłębieniem swojego duchowego życia, chociaż nie jest zainteresowany Jezusem czy Biblią;
  • ze znajomym, który przychodzi czasem na spotkania domowego kościoła i zwyczajnie cieszy się czasem spędzanym z nami, dyskutując o Piśmie;
  • z chrześcijaninem, którego zaprosiłem do udziału w szkoleniach, bo chce budować swoją relację z Bogiem i wzrastać w zrozumieniu darów duchowych.

Czynienie uczniami odbywa się w sposób naturalny, cały czas, dzięki spędzaniu z ludźmi czasu: jedzeniu z nimi, szczerej rozmowie, wspólnej zabawie i czymkolwiek, co razem robimy. Jesteśmy powołani do poznawania i kochania ludzi.

Czynienie uczniami, z powodu naszej miłości do ludzi, czasami jest zamierzone. Ponieważ my sami żyjemy zgodnie z Bożym prowadzeniem i Jego celami, miłość do ludzi w oczywisty sposób sprawia, że chcemy ich prowadzić w tym samym kierunku. Pozostaną naszymi przyjaciółmi niezależnie od tego, czy przyjmą to zaproszenie. Niemniej jednak świadome prowadzenie jest ważnym sposobem wykazywania naszej troski o ludzi.

Możemy działać tylko tam, gdzie działa Bóg. Nie naszym zadaniem jest doprowadzić do tego, że ktoś zainteresuje się Bogiem. Tylko Duch Święty może to zrobić. Tym, co do nas należy, jest rozpoznanie chwili, kiedy Bóg zaczyna się objawiać w czyimś życiu i wykorzystanie możliwości zaproszenia go, by dołączył do nas w poszukiwaniu Boga.

Nie musimy być ekspertami, ani wiedzieć, jak uczyć. Kiedy świadomie zapraszamy ludzi, by razem z nami poszukiwali Boga, nie musimy znać wszystkich odpowiedzi. Chcemy, by ludzie stali się naśladowcami Jezusa, a nie naszymi. Dlatego wskazujemy im na narzędzia, które działają w naszym życiu: modlitwę (czyli mówienie do Boga) i Jego słowa (z których mogą się uczyć zanim w Mu uwierzą). Pokazujemy im, jak używać te dwa narzędzia i zapraszamy, by przy nas poznawali Boga (a On będzie ich uczył). Kiedy to załapiemy, naprawdę odkryjemy, że czynienie uczniami jest łatwym, naturalnym procesem dla każdego.

Proces czynienia uczniami
Kochaj. Czynienie uczniami zaczyna się od tego, co omawialiśmy wyżej. Jeśli żyjemy w pełnej miłości relacji z ludźmi, wpływamy na nich przez to, jacy jesteśmy.


Módl się. Modlimy się o ludzi, na których nam zależy, bo chcemy Bożej woli dla ich życia. Modlitwa skupiona na innych i wstawiennictwo jest tak naturalne jak oddychanie, jeśli żyjemy w bliskości z Bogiem i zgodnie z jego celami. To są katalizatory dla Bożego, odmieniającego życie ludzi, działania. Władza i autorytet Jezusa są nam dane, gdy wyrażamy gotowość do działania dla Niego. Są nam dane, gdy modlimy się o tych, których Bóg postawił na naszej drodze, oczekując, że to On będzie działać.


Zapraszaj. Jak już wspomniałem, będą chwile, kiedy będziemy widzieć, że Bóg w jakiś sposób pracuje nad kimś i poczujemy się zobowiązani, by zaprosić go do bliższej relacji i dążenia do poznawania Boga. To może się stać w różny sposób. Kluczowa jest jednak nasza wola, by zaryzykować i we właściwym czasie zrobić ten krok. To jest krok miłości. To krok troski o innych. To krok, który oznacza, że będziemy rozwijać naszą miłość i przyjaźń do ludzi, niezależnie od ich reakcji.


Pozwól, by Słowo Boże wykonało pracę. Skoro nie prowadzimy ludzi, by naśladowali nas, oni sami mogą używać Boże Słowo, by uczyć się z niego i naśladować. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie nie muszą zrozumieć i zaakceptować Bożego Słowa w całości, by Bóg mógł przez nie działać i prowadzić do posłuszeństwa. Czasami myślimy, że ludzie się odsuną z powodu Biblii. Ja tego nie zauważyłem. Jeśli nie „głosimy im Słowa”, ale zachęcamy, by sami sprawdzali i się uczyli, okazuje się, że generalnie są chętni sami sprawdzać, co Biblia ma dla nich.
Biblia, w rzeczywistości, sama w sobie jest o wiele lepsza niż nam się wydaje. Ma moc odmieniania serca i życia, dzięki Duchowi Świętemu. Często trzeba tylko zachęcić ludzi, by po nią sięgnęli, i pozwolić Bogu działać. Ostatecznie naszym celem jest sprawić, żeby ludzie mogli karmić się sami. Nie chcemy, by byli zależni od nas lub innych nauczycieli, ale polegali na Bogu i Jego Słowie. Dlatego zachęcamy do samodzielnego studium nad tekstem biblijnym: czytania, odkrywania i stosowania.


Nakłaniaj do zapraszania innych. Osoba, która dopiero uczy się naśladować za Jezusem, może robić to z kimś ze swoich bliskich. Nie ma powodu, by musiała czekać z zaproszeniem dla kogoś bliskiego, aż sama nauczy się wszystkiego, co przychodzi wraz z poznawaniem Boga. Możliwe jest nawet, że ktoś, kto nie jest jeszcze nawrócony, poprowadzi innych, przez ich samodzielne studium, do pogłębienia relacji z Bogiem.

Allan Hirsch nazywa to uczniostwem pełnym działania. Opisuje to w ten sposób:
Natychmiast po powołaniu, Jezus bierze uczniów w pełną przygód podróż – włącza ich w misję, służenie i uczenie ich. Od razu biorą udział w ogłaszaniu Królestwa Bożego, służą ubogim, uzdrawiają i wypędzają demony. To jest aktywne i bezpośrednie czynienie uczniami w kontekście misji. Wszyscy wielcy bohaterowie przebudzeń robią to samo. Nawet dopiero co nawrócona osoba od razu angażowana jest w misję; każdy może być duchowym bohaterem.
Kiedy już czas, chrzcij publicznie. Chrzest jest doskonałą okazją, by chrzczeni zaprosili swoje rodziny i przyjaciół, dali publiczne świadectwo i świętowali to, co Bóg zmienił w ich życiu. Kiedy proponujemy to świeżo upieczonym chrześcijanom, po prostu to robią. Z okazji chrztu urządzamy imprezę, świętujemy, jemy razem, wszyscy podekscytowani faktem, że mamy więcej wśród gości więcej nienawróconych ludzi niż oddanych chrześcijan.

Buduj głębsze relacje. Uczniostwo jest oparte w największym stopniu na relacji. Im bardziej ktoś jest w stanie karmić się samodzielnie, nasza rola sprowadza się do wspierania go w życiu polegającym na naśladowaniu Jezusa. Dzięki otwartości wobec tej osoby, tworzymy warunki, w których może ona być z nami szczera i mówić o tym, przez co przechodzi lub z czym się boryka. To sprawia, że możemy lepiej troszczyć się o nią i pomagać, towarzysząc w jej drodze.

Nauczaj (jeśli musisz), ale dawaj przykład i umacniaj. Mogą być sytuacje, w których będziesz nauczać podstawowych zasad chrześcijańskich, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ale to nie jest konieczne. Bóg zapewni konieczne nauczanie przez Słowo. Istotne jest jednak to, by pamiętać, że naszym celem jest wyposażyć każdego do własnej odpowiedzialności za życie duchowe. Dlatego zastępujemy nauczanie dawaniem przykładu innym, jak mogą się karmić i uczyć oraz umacnianiem ich jako czyniących uczniów tak szybko, jak to możliwe.

Myśl o pomnażaniu. Cały proces czynienia uczniami służy pomaganiu kolejnym ludziom stać się uczniami tak szybko, jak się da. Ułatwia to naturalne pomnażanie i powoduje gwałtowny wzrost Królestwa Bożego, tak jak On tego pragnie.

Roger Thoman
(zaczerpnięte z simple church journal)

środa, 20 lipca 2011

kościół przy stoliku numer dwa

— Chciałabyś, żebyśmy pomodlili się w jakiejś twojej sprawie? — zapytałem. Oczy obsługującej nas kelnerki szeroko się otworzyły i kiwnęła twierdząco. To był wtorkowy wieczór, regularne spotkanie mojej męskiej grupy w kawiarni. W ciągu kilku ostatnich miesięcy oferowaliśmy modlitwę ludziom, których spotykaliśmy przy kawie. Większość intencji była dość ogólna... „Moja babcia jest chora”, „Mam jutro egzamin”, „Mój chłopak nie ma pracy”... Ale kiedy Fran, kelnerka, zaczęła się z nami dzielić swoimi potrzebami, to było jakby ktoś wysypał całe mnóstwo problemów prosto na nasz stolik. Jej córka ma raka i bardzo cierpi. Wnuczek urodził się z ciężkimi wadami wrodzonymi. Jej dorosły syn został wyrzucony z domu z trzyletnią córką. Fran zrobiła co mogła, by pomóc im wynająć mieszkanie, ale nie ma tam żadnych mebli, a jej syn nie ma pracy. Ona sama pracuje na dwa etaty, by jakoś pomóc finansowo całej rodzinie, mimo to jednak szybko tonie w długach.
— Z całą pewnością będziemy modlić się w tych wszystkich sprawach — obiecałem, — i zobaczymy, co możemy też zrobić, żeby ci pomóc.
W ciągu kilku dni udało nam się umówić kilka spotkań w sprawie pracy dla jej syna i znaleźć trochę mebli dla nich. W następny wtorek Fran znów obsługiwała nasz stolik i ponownie zaoferowaliśmy jej modlitwę. W trzeci wtorek Fran siedziała już z nami przy stoliku i przyłączyła się do modlitw. Tego wieczoru wyrzuciła z siebie coś, co zrewolucjonizowało nasze rozumienie kościoła.
— Tak bardzo wam dziękuję za wasze modlitwy i pomoc — mówiła z radością. — Tak wiele to dla mnie znaczy! Z niecierpliwością czekam na każdy wtorkowy wieczór. Inni ludzie zapraszali mnie do swoich kościołów, ale oni spotykają się w niedzielne przedpołudnia, a ja wtedy pracuję... Więc Bóg dał mi was we wtorkowe wieczory! To jest mój kościół!
Obawiam się, że pierwsze co przyszło mi do głowy, to „Nie, to nie jest kościół! To jest spotkanie mojej męskiej grupy”, ale Pan nagle objawił mi, że to jest dokładnie to, o co się modliliśmy na grupie. Całe miesiące modliliśmy się żarliwie o „robotników na żniwo”, prosząc Boga o wskazanie „syna pokoju”, zgodnie ze zrozumieniem tekstu Łukasza 10,1-7, który studiowaliśmy. Dotarło do nas, że właśnie znaleźliśmy „syna pokoju”, mimo że to była kobieta, a jej dom nie był wcale domem, ale kawiarnią.

Początkowo staraliśmy się zaprosić ją na nasze cotygodniowe spotkania wspólnoty w moim domu w niedziele wieczorem. Jednak w jej planach nie było to możliwe, poza tym mieszkała w odległości jakieś 35 km ode mnie. Zaakceptowaliśmy więc fakt, że Pan Żniwa przekształcił naszą męską grupę w dość wyjątkowy kościół. Fran podsunęła nam nazwę dla tego zgromadzenie, gdy opowiedziała nam swoją rozmowę z koleżanką z pracy.
— Bierzesz narkotyki, prawda? — Fran zapytała bardziej z troską niż oskarżeniem. — Nie zaprzeczaj, bo jestem tuż obok i widzę przecież...
Młoda kelnerka tylko patrzyła na nią swoimi rozszerzonymi, przekrwionymi oczami, spodziewając się wysłuchania kolejnego umoralniającego kazania...
— Nie martw się, nie zamierzam cię wydać ani wołać policji. Martwię się po prostu o ciebie i wiem, jakakolwiek masz problem, że narkotyki go nie rozwiążą, ale... Jezus go rozwiąże! Postaram się zmienić twój plan pracy tak, żebyś mogła tu być we wtorkowe wieczory. Wtedy pójdziesz ze mną do kościoła.
Czując lekką ulgę, uzależniona kelnerka zapytała: — To gdzie jest ten twój kościół?
Fran uśmiechnęła się szeroko i wskazała na stolik w rogu sali: — Przy stoliku numer dwa!
Od tego momentu, nasze spotkania nazywamy „kościołem przy stoliku numer dwa”.

Niedługo po tym, gdy Fran uświadomiła nam, że tak naprawdę tworzymy kościół, powiedziała, że ma dla nas niespodziankę. Wstała, przeprosiła, poszła do kuchni i po chwili wróciła z kucharzem i jego pomocnikiem. Po krótkim przedstawieniu się i powitaniu, zapytaliśmy tych dwóch mężczyzn, jak możemy im pomóc.
— Słyszeliśmy o wszystkim, co zrobiliście dla Fran — powiedział kucharz z mocnym, hiszpańskim akcentem. — Obydwaj mieszkamy w bardzo małych mieszkankach, a mamy naprawdę duże rodziny. Czy dałoby się coś zrobić, żebyście znaleźli dla nas jakieś meble? Potrzebujemy zwłaszcza łóżeczka dla naszych małych dzieci...
— Nie wiem, czy będziemy mogli wam pomóc — odpowiedziałem. — Ale wiem, kto może pomóc. Tak naprawdę to Jezus znalazł pomoc dla Fran. Myślicie, że to będzie ok, jeśli poprosimy, żeby i wam pomógł?
W ciągu kilku tygodni udało się znaleźć używane meble dla tych ludzi, a do naszych wtorkowych spotkań dołączył kucharz. Zaprowadził nas też do innej rodziny z sąsiedztwa, która bardzo potrzebowała pomocy: młoda, świeżo owdowiona latynoska kobieta z trójką małych dzieci, praktycznie bez pieniędzy. Niedługo zaczęliśmy spotykać się regularnie w jej domu, zawsze biorąc ze sobą miłość Jezusa i robiąc to, co mogliśmy, żeby pomóc. Niebawem zaczęliśmy też jeździć regularnie do domu kucharza, by „mieć kościół” z jego rodziną. Kucharz, jego żona i matka, zawierzyli Jezusowi, a Bóg zaczął przez nich otwierać drzwi do hiszpańskiej społeczności. To było niesamowite, bo ani moja żona, ani ja nie mówiliśmy słowa po hiszpańsku, a większość naszych nowych znajomych znała tylko kilka angielskich słów. Nie jestem też fanem meksykańskiej kuchni, ale Boże Słowo mówi: „A jeśli do jakiegoś miasta wejdziecie i przyjmą was, spożywajcie to, co wam podadzą” (Łukasz 10,8). Uczę się więc poświęcać moje podniebienie i układ pokarmowy dla wyższego dobra, którym jest dotarcie do grupy ludzi w okolicy, którzy desperacko potrzebują ewangelii miłości. Uczymy się tego, że miłość Jezusa łamie wszelkie kulturowe bariery.

Warto zauważyć, że żadna spośród osób, o których mówię, nie trafiła na naszą grupę domową, jednak jesteśmy całkowicie zadowoleni z takiego biegu wypadków. Nie dlatego, że nie chcielibyśmy ich mieć w domu, ale po prostu inni ludzie mają problem z dostosowaniem się do naszego harmonogramu, nie wspominając naszego jedzenia :) Poza tym, Pan uczy nas zmieniać nasze ukierunkowanie... Przez lata staraliśmy się, by rosła nasza domowa społeczność, aż będziemy musieli podzielić się na mniejsze grupy. Moglibyśmy wtedy wysłać kilku członków naszej grupy, by „założyli nowy kościół” w innym domu. Nie chodzi mi o to, że taka koncepcja jest całkowicie zła; jest po prostu strasznie powolna. W międzyczasie, żniwo jest gotowe, a Pan czeka.
Teraz już nie zapraszamy ludzi, by dołączyli do grupy, która spotyka się u nas w domu. Kiedy napotykamy na „syna pokoju” lub odkrywamy, że jest ktoś zainteresowany tworzeniem prostego kościoła lub prowadzeniem kogoś do Jezusa, pierwsza rzecz, która nam przychodzi do głowy, to stworzenie kościoła w jego domu. Prosimy, by spotkali się z rodziną i swoimi przyjaciółmi, zwłaszcza z tymi, którzy jeszcze nie są wierzącymi chrześcijanami lub nie chodzą po prostu do żadnego kościoła, i pomagamy im utworzyć kościół w otoczeniu, które dobrze znają, gdzie Jezus może zmienić najwięcej: w ich domach i miejscach pracy. Rezultaty są naprawdę niezwykłe! Ale czy powinniśmy się dziwić? Przecież to dokładnie to, czego uczy nas Jezus!

Bill Hoffman
(zaczęrpnięte z bloga House 2 House)

jak zbudować kościół (4/6)

Wielki nakaz
Wielki nakaz misyjny (Mat. 28,18-20) nie jest dodatkową opcją dla wierzących. Wielu z nas żyje we wspólnocie ze współwierzącymi – większość naszych znajomych to ludzie nawróceni i rzadko nawiązujemy bliskie stosunki z ludźmi, którzy jeszcze nie znają Pana. Staraliśmy się trzymać na odległość od ludzi „świeckich” z obawy, że możemy „zeświecczeć”. Jednak Jezus był znany jako przyjaciel grzeszników, a w Rzymian 10,14 czytamy „jak mają uwierzyć w tego, o którym nie słyszeli?”. Wprawdzie nie wszyscy z nas są ewangelistami, ale wszyscy możemy świadczyć o tym, co Jezus zrobił w naszym życiu (Dz.Ap. 1,8). Duch Jezusa mieszka w nas i jeśli prosimy Boga o możliwość dzielenia się Nim z ludźmi wokół nas, On chętnie odpowie na tę modlitwę.

Przestudiujcie Mat. 28,18-20 i spróbujcie odpowiedzieć na poniższe pytania:

  • Co oznaczają słowa „wszelka moc”?
  • Jaka jest różnica między uczniem a nawróconym? Jak to wpływa na sposób zdobywania tych, którzy jeszcze nie znają Jezusa?
  • Co się stanie, jeśli zgodnie z nakazem Jezusa, „pójdziemy” zamiast zapraszać ludzi, by przyszli do kościoła? Co to może zmienić w naszym życiu, w życiu kościołów i w życiu tych, do których pójdziemy?
  • Co to jest „naród”? Skąd mamy wiedzieć, kiedy „naród jest uczniem”?
  • Jakie jest znaczenie chrztu? Kto ma chrzcić?
  • Czego mamy uczyć?
  • Zastanówcie się nad całym cyklem uczniostwa: uczniami czyniącymi uczniami.


Zdobywanie „narodów” wokół nas
Wielki nakaz misyjny wysyła nas, byśmy czynili narody uczniami. Greckie słowo oznaczające naród to „ethne”, od którego pochodzi słowo „etniczny”. Oznacza więcej niż narodowość. Może odnosić się do grupy kulturowej, jak np. skejci, osoby starsze, ludzi przesiadujących w klubach, studenci itd., mających swój język i zwyczaje. Na przykład, skejci ubierają się w charakterystyczny sposób, posługują się charakterystycznym słownictwem, mają swoje tematy i sposoby odnoszenia się do siebie.
Zróbcie burzę mózgów i stwórzcie listę „narodów” w waszej okolicy. Niektórzy z was w jakiś oczywisty sposób są częścią tych „narodów”. Poświęćcie kilka minut pytając Pana Żniwa, czy jest jakaś konkretna grupa ludzi w waszej okolicy, na której powinniście się skupić, by do niej dotrzeć.

Spacery modlitewne
Modlitwa jest istotnym elementem przygotowywania gruntu pod tworzenie kościoła. Księga Jozuego 1,3 mówi nam, że Bóg da każde miejsce, gdzie stanie nasza stopa, a Psalm 2,8 zapewnia, że Bóg da nam narody w dziedzictwo.
Jeśli Bóg pokazał wam konkretny „naród”, na którym powinniście się skupić, spacery modlitewne mogą być dobrym początkiem wstawiania się o to środowisko. Spaceruj po okolicy, w której ci ludzie mieszkają lub spędzają wolny czas, i módl się o nich w tych miejscach. Gdy spacerujemy z modlitwą, możemy oczekiwać, że Duch Święty objawi nam, jak mamy się modlić; objawi nam także demoniczne moce, które kontrolują dany obszar. Istnieją cztery główne sposoby na spacery modlitewne: błogosławienie miasta; proszenie o dobro mieszkańców; burzenie twierdzy demonicznych mocy; wstawiennictwo w sprawie problemów.
Zaplanujcie spacery modlitewne na najbliższy czas dla obszaru, który Bóg wam wskazał

Pomoc, by stali się naśladowcami
Stawanie się naśladowcą Jezusa zwykle jest długotrwałym procesem. Często, w trakcie, ludzie muszą podejmować decyzje i dobrze wiedzieć, w jaki sposób pomóc im w poddaniu swojego życia w posłuszeństwo Chrystusowi. Przedyskutujcie w grupie, jakie jest minimum wiedzy potrzebnej, by oddać swoje życie Jezusowi. Jezus umarł na krzyżu, by wziąć na siebie karę za to, co my zrobiliśmy źle. Jeśli się od tego odwrócimy i oddamy swoje życie pod Jego kontrolę, On obdarzy nas nowym życiem, a Duch Święty przyjdzie i zamieszka w nas!


Jest kilka wierszy (nazywanych czasem „drogą rzymian”), które pomagają ludziom poddać się Chrystusowi:

  • Rzymian 3,23-25: ...gdyż wszyscy zgrzeszyli i brak im chwały Bożej, i są usprawiedliwieni darmo, z łaski jego, przez odkupienie w Chrystusie Jezusie, którego Bóg ustanowił jako ofiarę przebłagalną przez krew jego, skuteczną przez wiarę, dla okazania sprawiedliwości swojej przez to, że w cierpliwości Bożej pobłażliwie odniósł się do przedtem popełnionych grzechów.
  • Rzymian 6,23: Albowiem zapłatą za grzech jest śmierć, lecz darem łaski Bożej jest żywot wieczny w Chrystusie Jezusie, Panu naszym.
  • Rzymian 5,6-11: Wszak Chrystus, gdy jeszcze byliśmy słabi, we właściwym czasie umarł za bezbożnych. Rzadko się zdarza, że ktoś umrze za sprawiedliwego; prędzej za dobrego gotów ktoś umrzeć. Bóg zaś daje dowód swojej miłości ku nam przez to, że kiedy byliśmy jeszcze grzesznikami, Chrystus za nas umarł. Tym bardziej więc teraz, usprawiedliwieni krwią jego, będziemy przez niego zachowani od gniewu. Jeśli bowiem, będąc nieprzyjaciółmi, zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Syna jego, tym bardziej, będąc pojednani, dostąpimy zbawienia przez życie jego. A nie tylko to, lecz chlubimy się też w Bogu przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa, przez którego teraz dostąpiliśmy pojednania.
  • Rzymian 10,9.10: Bo jeśli ustami swoimi wyznasz, że Jezus jest Panem, i uwierzysz w sercu swoim, że Bóg wzbudził go z martwych, zbawiony będziesz. Albowiem sercem wierzy się ku usprawiedliwieniu, a ustami wyznaje się ku zbawieniu.
  • Objawienie 3,20: Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną.


Podzielcie się na pary i wypróbujcie rolę prowadzenia kogoś, w prosty sposób, do poddania z pomocą tych tekstów.

Uczniostwo
Jezus nie kazał nam zakładać kościołów. On powiedział, byśmy czynili uczniami. Powiedział, że On zbuduje kościół (Mat. 16,18). Mamy pełnić role ambasadorów Jego Królestwa i czynić uczniami, On zajmie się resztą.

Spróbujcie odpowiedzieć na pytania:

  • Czym się różni uczeń od członka?
  • Jak mamy poznać, że ktoś staje się podobny do Jezusa (a nie do nas)?
  • Jeśli uczniostwo jest stylem życia w posłuszeństwie Jezusowi, a nie wiedzą, którą należy wkuć, w jaki sposób to przekazać?


(zaczerpnięte z simple church)

poniedziałek, 18 lipca 2011

serce uwielbienia (it's all about You)

Nabożeństwo jako małe, kameralne spotkanie prostego kościoła to jeden z moich ulubionych tematów. Kocham taki styl nabożeństwa, a doświadczam go właśnie w prostym, domowym kościele.
Nie zrozum mnie źle. Uwielbiam niesamowitą muzykę na żywo, wykonywaną czasem na dużych imprezach chrześcijańskich. Czasem lubię też (w rzadszych przypadkach) emocje, które mogą towarzyszyć głębokim nabożeństwom w dużych kościołach. Jednak mój apetyt na takie przeżycia skurczył się prawie do zera w porównaniu do spełnienia, jakiego doświadczam uwielbiając w małym gronie przyjaciół i powierników. Kiedy ci bliscy mi ludzie otwierają swoje serca w wyrazie czci, mogę połączyć się z ich szczerymi sercami i najgłębszymi łzami. To tak, jak uwielbienie płynące z serca do serca. Razem dotykamy Boga, bo On się objawia w ciele i krwi, w tęsknotach ludzi, których dobrze znam.

Wierzę, że „sztuka” nabożeństwa w domowym kościele wciąż się rozwija. Staliśmy się (ogólnie) zależni od muzyki jako czciciele. Nie chodzi mi o to, że na muzykę nie ma miejsca. Jak już wspomniałem, uwielbiam muzykę. Ale sama w sobie nie jest nabożeństwem, ani nabożeństwo nie przywołuje automatycznie muzyki. Wielu z nas zna historię Matta Redmana, kiedy napisał słowa znanej dzisiaj piosenki (Heart of worship):
Dam Ci więcej niż pieśń, bo pieśń sama w sobie to nie to, czego wymagasz.
Szukasz o wiele głębiej w tym co się dzieje: szukasz mojego serca.

Ludzie w kościele Matta odkryli, że stali się zależni od zewnętrznych czynników (od świetnej muzyki) i stracili coś z ognia uwielbienia – coś, co może przyjść tylko z prostego, głodnego Boga serca. Czasami, a może nawet często, musimy zrezygnować ze wszystkiego co zewnętrzne i nastawić nasze serca na surowe, proste, nie wspierane niczym zewnętrznym uwielbienie. Oczywiście, w połączeniu z serdecznością i intymnością domowego kościoła, to może być naprawdę silne przeżycie.

Kościoły, z którymi mam do czynienia, w rzeczywistości używają muzyki w czasie nabożeństw: gitar, pianin, czasem płyt CD lub DVD. Szybko jednak przekonują się, że nie chodzi o przeniesienie wielbieniowego doświadczenia z dużych kościołów na spotkania prostych domowych wspólnot. Większość tych kościołów zaczyna odkrywać z czasem inne formy uwielbienia nie wspieranego czynnikami zewnętrznymi, które mogą być bardziej osobiste, realne, autentyczne i pełne głębokiego sensu.

Przedstawiam krótką listę tego, co nazywam „nie wpieranymi formami uwielbienia”. To nie jest kompletna, ani ostateczna lista, to po prostu jakiś pomysł na poprowadzenie grupy w kierunku bardziej osobistego i intymnego czasu modlitwy:

  • wypowiedzcie proste słowa chwały / uwielbienia: nie mają to być poziome modlitwy, ale pionowa adoracja, dziękczynienie, potwierdzenie tego, kim jest Bóg
  • niespiesznie, rozmyślnie czytaj psalm lub fragment Pisma: daj czas na refleksję
  • zaśpiewajcie spontanicznie jakąś pasującą pieśń bez akompaniamentu
  • przeczytaj psalm lub fragment Pisma i daj czas na refleksję... podziel się refleksją wynikającą z tekstu...
  • poproś, by uczestnicy wypowiedzieli po jednym z Bożych imion i wielbili na podstawie znaczenia tego imienia
  • użyj jakiegoś fragmentu pisma, by wypowiedzieć osobiste słowa uwielbienia dla Boga
  • spróbuj użyć jakiejś cichej, ułatwiającej medytację muzyki w czasie, gdy rozmyślacie i modlicie się
  • milczcie i czekajcie na Bożą obecność i Jego głos
  • pozwól ludziom np. stworzyć obraz, taki duży plakat, jako wyraz uwielbienia i refleksji

Jeśli mogę coś zasugerować... to wymaga nieco cierpliwości dla całej grupy, która dotąd przyzwyczajona była do używania zewnętrznie wspieranych form nabożeństwa, zanim spotkania staną się prostsze i bardziej intymne. Kiedy jednak ludzie przyzwyczają się osobiście podchodzić do nabożeństwa i angażować w nie serce, nieuchronnie „uzależnią się” od takich spotkań :) Taki styl uwielbienia stał się moją dietą podstawową i potężnie posila moje życie duchowe.

Roger Thoman
(zaczerpnięte z simple church journal)